Strach i przemoc

„Nie było już nazwiska, wiedzieliśmy, że jesteśmy numerami. Nikt nie wołał: „Panie Pilarski!“. Było: „Häftling Fünftausendfünfhundertneunundsiebzig, komm her!“ [Więzień numer 5579, do mnie!]. To taki straszny moment, kiedy człowiek traci soją osobowość.
(Wacław Pilarski, Gusen 1940)

Najczęściej już podczas aresztowania, w drodze do obozu, a najpóźniej w momencie przekroczenia bramy obozu koncentracyjnego, więźniowie narażeni byli na dotkliwą fizyczną i psychiczną przemoc. Niektórzy nie przeżywali już nawet samego transportu do obozu.

„Pierwszego dnia z naszego transportu już kilkadziesiąt osób leżało na ziemi. Odrzucali na bok potłuczonych. Jak ktoś został mocno uderzony w głowę i się przewrócił, to Kapo od razu podbiegał, nogami wskakiwał na piersi lub na plecy. Kilka razy skoczył, to żebra pękały i już się człowiek nie podnosił.“
(Eugeniusz Śliwiński, Gusen I 1943)

Podczas pobytu w obozie, a szczególnie podczas wyniszczającej pracy, więźniowie byli bici, wyszydzani i poniżani przez esesmanów. Okrutny rytuał przyjęcia do obozu nie obywał się bez ofiar śmiertelnych. Kto przeżył, trafiał na dwu-trzytygodniową kwarantannę. Różny mógł być jej przebieg. Niektórzy mieli „tylko” przystosować się do warunków obozowych. Poza codzienną musztrą i bezczynnym staniem na apelach, nie robili nic więcej. Innych zmuszano do adaptacji poprzez ciężką pracę. Tym cięższą, że często zupełnie bezcelową, nikomu niepotrzebną — jak przenoszenie ziemi z jednej pryzmy na drugą i z powrotem. Chorzy, najsłabsi fizycznie, starszy i niedołężni ginęli na tym wstępnym etapie. Taka selekcja naturalna była jednym z zamierzonych celów kwarantanny. Kto przetrwał, mógł zostać skierowany do właściwego komanda roboczego.

Działania te były zgodne z wytycznymi przekazywanymi przez Inspektorat Obozów Koncentracyjnych (IKL) w sprawie traktowania więźniów i służyły ich selekcji przeprowadzanej przez SS. Jej celem było utrzymanie przy życiu tylko najsilniejszych osobników zdolnych do pracy. Była to także próbą pozbawienia więźniów ich tożsamości, zdehumanizowania i uformowania z nich bezimiennej, łatwo sterowalnej masy. Imiona i nazwiska tracili już w chwili rejestracji w obozie. Zastępowały je przydzielone numery. Ponadto pozbawiano ich własnej odzieży, butów, a także wszystkich rzeczy i pamiątek osobistych. Zamiast tego otrzymywali więźniarski pasiak – identyczne dla wszystkich bluzy, spodnie i czapki, który sprawiał, że wyglądali jak jednakowa, bezkształtna masa.

Zastraszaniu więźniów służył również drakoński system kar, wymierzanych za każde najdrobniejsze przewinienie. Więźniów karano indywidualnie (np. chłosta, pobyt w bunkrze, słupek, aż po karę śmierci) oraz zbiorowo – np. karne apele. Poza wymienionymi „karami regulaminowymi” więźniowie byli bici i nierzadko pozbawiani życia przez kapo – więźniów funkcyjnych rekrutowanych z kryminalistów niemieckich.

Eksperymenty, choroby

Lekarze zatrudnieni w obozach koncentracyjnych przeprowadzali na więźniach okrutne eksperymenty, nazywane przez nich samych medycznymi. Przeprowadzano niepotrzebne zabiegi chirurgiczne oraz wprowadzano do osłabionych organizmów więźniarskich zarazki chorób zakaźnych – między innymi gruźlicy czy tyfusu plamistego. W wyniku tych terapii większość osób umierała. 

„Wściekły kopnał mnie, ja się przewróciłem i poczołgałem się do rewiru. Tan spodobała się moja dolegliwość. Najpierw postawili mnie na wagę: „Ty ważysz 34 kilo!“ Tyle ważyłem po trzech miesiącach pracy w obozie w Gusen. Zaraz wzięli mnie na stół. Nie było żadnej narkozy, wszystko na żywca. Kiedy zaczęli mnie kroić, straciłem przytomność. Gdy się obudziłem, miałem całą rękę pięknie zabandażowaną. Oni uczyli się na więźniach — jak operacja się nie udała, to skreślano numer.“ 
(Witold Domachowski, Gusen I, 1940)

Ponadto narodowosocjaliści przeprowadzili na więźniach eksperymenty medyczne i pseudomedyczne. Zgodzili się na śmierć wielu „pacjentów” w przypadku nieudanego leczenia, czy to tanio, czy nawet wdzięcznie.

Blok śmierci
Złą sławą cieszył się również rewir obozowy. Już w pierwszych miesiącach istnienia obozu więźniowie przekonali się, że lekarze zamiast ratować życie uśmiercają więźniów. Upatrzonych chorych przez cały okres funkcjonowania obozu zabijano zastrzykami dosercowymi benzyny, fenolu lub wody utlenionej.

„Przy pracy uderzyłem się kamieniem w kolano, spuchło mi, nie mogłem chodzić. Poszedłem do lekarza, Polaka. Obok niego stał esesman, który kwalifikował do leczenia albo na „szpile“. [….] Jak powiedziałem, że nie wiem, dlaczego spuchła mi noga, esesman kazał mi iść na „blok śmierci. Stamtąd nikt nie wychodził. Codziennie przychodził esesman i wybierał ludzi na „szpile. Ręce skręcali z tyłu, on miał strzykawkę z długą igłą – wbijał ją między żebra i fenol w serce. Co dzień, ilu chciał, tylu zadźgał.” 
(Henryk Białkowski, Gusen I, 1943)