Cierpienie i śmierć

Więźniowie obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen na co dzień stawali oko w oko ze śmiercią i cierpieniem. Ciężka fizyczna praca i niewystarczające wyżywienie pozbawiało ich sił, doskwierał im ból, choroby i presja psychiczna, codziennie widzieli także umierających współwięźniów – przyjaciół, krewnych, towarzyszy niedoli. Cierpiący ludzie, „żywe trupy“ (ciała bez życia), sterty zwłok – taki widok nie był w obozie Mauthausen-Gusen rzadkością.

Byli więźniowie Stanisław Lada i Eugeniusz Śliwiński tak opisują codzienny widok zmarłych współtowarzyszy: „Rano, jak się popatrzyło z okna umywalni na następny blok, to było widać stosy trupów, takie chuderlaki, same kości, umazane, brudne.
(Stanisław Lada 1943)

„Stoimy na tym apelu, a z baraków, które były dalej, wiozą wózki z trupami, już bez bielizny. Zmarli w nocy, a może ich dobili albo utopili. Wieziono ich do krematorium. Na każdym takim wózku było kilku więźniów, pokładanych jeden na drugim; ręce, nogi wlokły się po ziemi, obijało się to wszystko. To było niesamowite wrażenie, ten pierwszy transport do krematorium. Wrażenie, że dzisiaj wiozą ich, a za chwilę mnie też wywiozą.
(Eugeniusz Śliwiński, 1943)

Z powodu ciężkiego niedożywienia więźniowie cierpieli na znaczną niedowagę, a co za tym idzie szybko tracili siły. W wyniku braku higieny i opieki medycznej szerzyły się także choroby zagrażające ich życiu.

Więźniów dodatkowo wykańczał ostry, górski klimat. Niedożywieni, ciężko pracujący, zbyt lekko ubrani źle znosili warunki pogodowe. Niezwykle ważną dla przeżycia sprawą była praca w pomieszczeniach.

Więźniowie godzili się na każdy rodzaj pracy, który choć w niewielkim stopniu poprawiał ich położenie w obozie. Jednym z najbardziej obciążających zajęć była praca w krematorium. Telesfor Matuszak, który odpowiedzialny był za prace porządkowe w krematorium w obozie Gusen tak opisuje swój dzień pracy (1941):

Dziennie można było spalić maksymalnie 120 osób. Początkowo, kiedy obóz liczył parę tysięcy więzniów, rzadko się zdarzało, abyśmy palili dzień i noc, ale kiedy w 1941 roku do obozu przywieziono dużo jeńców sowieckich, to już było makabrycznie. Robiliśmy dzień i noc, dzień i noc — spaliśmy tylko parę godzin.”

Jego wspomnienia uwidaczniają skalę śmierci i cierpienia więźniów w obozie.

Próby ucieczki i samobójstwo
Każda próba ucieczki była okrutnie karana. Represje groziły nie tylko uciekinierowi, jeśli udało się go schwytać i musiał wrócić do obozu, ale także osobom, z którymi miał kontakt przed ucieczką. Obowiązywała odpowiedzialność zbiorowa.

W lipcu 1940 uciekł więzień o nazwisku Nowak. Esesmani [….] znęcali się w szczególności nad więźniami, z którymi ten uciekinier pracował czy spał. Niesamowicie ich maltretowali, bili, chcieli wymusić na nich zeznania, czy zwierzał im się z planów ucieczki, gdzie mógł być i tak dalej. Wielu więźniów wówczas zginęło. To było w innym bloku i słyszałem tylko uderzenia biczem, liczenie razów, krzyki. Musieliśmy całą noc stać, a rano poszliśmy do pracy. Następny dwie noce znowu spędziliśmy na placu apelowym. W tę ostatnią noc każdy się kładł na ziemi i spał, pomimo że esesmani chodzili i szturchali. Szczęście, że sto było latem. A w najbliższą niedzielę cały obóz nie dostał jedzenia, za karę, że Nowak uciekł.
(Telesfor Matuszak, Gusen I, 1940).

Jeżeli nie dostało się kijem, to był szczęśliwy dzień, niezależnie od głodu. Każda czynność — czy noszenie kamieni, czy zbiórka, czy tworzenie grup obozowych — to był jeden wrzask, jedno bicie, mordowanie.
(Leon Ceglarz, Gusen I, 1940)

Wielu więźniów postrzegało samobójstwo jako ostatnią możliwość zakończenia swojego cierpienia. Głód, ból i rozpacz pchały wielu z nich „na druty”.


Jeden z naszych współbraci, młody chłopak, skrzypek, bardzo radzony, Czesiu Golak, dostał się do bloku inwalidów. Tam dawano im pół racji wyżywienia i wypędzano ich no najgorzej pracy, do noszenia kamieni. Całkowicie tam podupadł. Uważał się na najgorszego grzesznika. Jak kogoś w obozie pobili, to uważał, że z jego powodu. I mówił, że druty go ciągną, że musi tam iść, żeby zadośćuczynić za grzechy swoje i innych. Dwa razy się wybierał, ktoś go powstrzymał, a za trzecim razem mu się udało. Rano zobaczyliśmy, jak leży na drutach, rozpięty jak na krzyżu. Iskry przelatywały mu jeszcze między palcamim Bo dopiero, gdy szliśmy do roboty, to oni odcinali prąd i zbierali nieboszczyków. Dla oka ludzkiego to był samobójca, ale ja uważam, że to była śmierć męczeńska. Podwójne męczeństwo — na ciele i na duchu.
(Ojciec Marian Żelazek, Gusen 1940)